Najlepszy smoothie. Bezkonkurencyjnie. Mój zachwyt nad nim może być chyba jedynie porównany do pierwszego szejka ever. Polecam, ma delikatny smak, prawdziwie kremową (aksamitną!) konsystencję, jest sycący i bardzo bardzo zdrowy :)
SMOOTHIE AKSAMITNY składniki:
pół awokado
troszkę soku z cytryny (ociupinka)
sok z wyciśniętej pomarańczy
ogórek
kilka liści sałaty lodowej
kilka nektarynek (u mnie było ok. 6, ale były malutkie i podpsute)
Miksujemy awokado i ogórka z sokiem z cytryny, połową soku z pomarańczy i sałatą. Dodajemy nektarynki obrane ze skórki, miksujemy. Dodajemy resztę soku z pomarańczy do smaku i uzyskania odpowiedniej konsystencji. Delektujemy się najsmaczniejszym szejkiem na świecie! Możemy przegryźć bananem na wielki głód ;)
Dostałam pewien czas temu pytanie, co osoba inteligentna i kształcąca się widzi w raw weganizmie? Dlatego postanowiłam przybliżyć moją bezmięsną historię, być może kogoś zainteresuje. Wysyp jest teraz nowych wegan, wegetarian, witarian - co mnie bardzo cieszy! Chciałabym więc dorzucić swoje trzy grosze do wszelkich blogowych i nie tylko historii (plus na koniec dodam bardzo dobry wykład od Gary Yourofsky).
Mój wegetarianizm zaczął się prawie 10 lat temu, mniej więcej mając 12-13 lat obudziłam się rano i powiedziałam BASTA! Żadnych parówek na śniadanie! Naprawdę, wyglądało to mniej więcej w ten sposób. Moi rodzice nie byli zachwyceni moim pomysłem i myśleli, ze szybko mi przejdzie, taka tam, fanaberia. Co zabawne, do tego poranka jadłam praktycznie samo mięso, oczywiście nabiał i jajka. Jedynym warzywem które lubiłam był pomidor i od święta ogórki kiszone. Przyrzekam, nie jadłam nic innego! Uwielbiałam wątróbkę, kurczaka z nadziwką, ryby, parówki, mielone, gulasz... Za to nie lubiłam schabowego i kurczaka ;) Wyobraźcie sobie więc szok jaki moi rodzice przeżyli. Dostałam jednak pozwolenie na wegetarianizm pod warunkiem że będę jeść ryby (teraz już wiem, że nie był to wegetarianizm, wtedy nie miałam o tym pojęcia). Jadłam te ryby jeszcze przez jakiś czas aż w końcu ktoś oświecił mnie (internet!), że jednak to nie tak. Ale nie zastanawiałam się wtedy jeszcze nad mlekiem, serem, jajkami... Do tego była długa droga :)
Potem idąc do liceum, wyprowadziłam się do internatu. Miałam wykupione racje żywnościowe co było warunkiem koniecznym aby móc tam mieszkać, płaciłam więc za to mięso i jadłam chleb z serem, chleb z jajkiem, ziemniaki z surówką. Menu ubogie i smutne, żadnego w tym smaku ani zdrowia, nabawiłam się więc niedoborów. Niestety, łykanie suplementów nie szło mi zbyt dobrze, umówiłam się więc z rodzicami że będę jeść ryby i tak mniej więcej przez trzecią klasę liceum raz lub dwa razy w tygodniu jadłam łososia, tuńczyka, coś co dali na stołówce.
Wiem, że miałam wybór. Wiem, że mogłam pójść do lekarza, powiedzieć jaka jest sytuacja, dostać papiery na to, że nie mogę jeść mięsa i w związku z tym nie mogę wykupować obiadów na stołówce (nie było wege opcji przez trzy lata mojego mieszkania tam, chyba rok lub dwa po tym jak skończyłam liceum taką możliwość wprowadzono). Dlaczego tego nie zrobiłam? Przez pewien splot zdarzeń, których nie chcę chwilowo przytaczać publicznie, straciłam całą swoją asertywność, zaczęłam mieć depresję, brak pewności siebie. Co za tym idzie, miałam zaburzania odżywiania od głodówek (potrafiłam nie jeść przez dwa tygodnie niczego, potem jeść kilka dni i znowu nic) po napady bulimiczne. Bałam się po prostu, ze jeśli nie będę miała wykupionych obiadów, przestanę w ogóle jeść. Mogło tak być, nie chodziło mi o szczupły wygląd, po prostu bardzo ale to bardzo nienawidziłam siebie i marzyłam o tym, żeby zrobić sobie krzywdę.
Dopiero kończąc liceum odrobinę odżyłam. Dostałam się na wymarzone studia, miałam własne mieszkanie, własne talerze i garnki. Zaczęłam czytać, gotować, eksperymentować i bardzo szybko przeszłam na weganizm. Wytrzymałam trzy miesiące, które były cudowne, jednak w pewnym momencie pojawiły się kłopoty w moim związku, postanowiłam zmienić studia i miasto, miałam strasznie dużo na głowie. Przez miesiąc byłam poza domem od 7 do 22, w weekendy od 8 do 16. Nie miałam czasu na gotowanie i jedzenie z głową, byłam zestresowana, zmęczona i nie wiedziałam co dalej. Strasznie też w tamtym czasie schudłam co pobudziło moje stare nawyki ED. Przyznam, przestraszyłam się i nie miałam siły myśleć nad żywnością, wróciłam więc do wegetarianizmu (ale tym razem już normalnego, bez rybnych wyjątków). Udało mi się zmienić studia, ułożyć sobie sprawy z chłopakiem i zacząć wieść w miarę normalne i ułożone życie, wróciłam więc znowu do koncepcji weganizmu. Jednak w tamtym okresie nie do końca pasował mi ten styl odżywiania, miałam z tym pewien konflikt zewnętrzny, bo czułam, że nie chcę i nie potrzebuję nabiału i jaj, ale mój mężczyzna (w którego byłam ślepo zapatrzona) bardzo podważał te moje potrzeby. Miałam więc okresy weganizmu i wegetarianizmu, tym bardziej, że duża część dań wegetariańskich była moim comfort food i w okresie gorszego nastroju chętnie po nie sięgałam. Jednak okresy wegańskie były coraz dłuższe i coraz bardziej zróżnicowane.
A potem odkryłam zielone smoothies, które jak widać po blogu stały się moją obsesją i miłością największą. I wiem, że nigdy z nich nie zrezygnuję. Tak się zaczęła moja przygoda z witarianizmem, od koktajli i wielkich sałatek raz dziennie. Trafiłam naraw-blogi w poszukiwaniu przepisów, zaczęłam czytać, próbować i nawet się nie spostrzegłam, byłam już mniej więcej na 60-70% raw. Często miałam dni 100%, ale nie myślałam wtedy jeszcze o tym tak bardzo. W tamtym okresie niesamowicie poprawiła mi się cera, miałam mnóstwo energii tylko... zabrakło chęci do życia.
Odezwała się moja uśpiona przez jakiś czas depresja dzięki kolejnemu cudownemu splotowi wydarzeń osobistych. I chociaż pozostałam na weganizmie, zaczęłam się opychać tym co przetworzone: pasztetami, kotletami sojowymi, chrupkami, słodyczami, kawami z dużą ilością syropów... W pewnym momencie jadłam praktycznie samą soję i czułam się okropnie :( Do tego doszły tabletki antydepresyjne, więc można sobie wyobrazić w jakim stanie było moje ciało i dusza. I jak już wcześniej pisałam, wyjazd do Włoch sprawił, że wróciłam na 10 dni do nawyków wegetariańskich.
Teraz. Teraz jest cudownie, bo w najgorszym okresie nawrotu depresji pojechałam na warsztaty witariańskie, co dało mi mega energię życiową (dziękuję!). Dziewczyny prowadzące a także wszyscy uczestnicy dawali z siebie tyle miłości i akceptacji, że poczułam się wśród nich jak u rodziny. Btw, rodzinę mam najwspanialszą i najbardziej tolerancyjną na świecie! Dlatego też z zapałem wróciłam do starych nawyków a nawet rozszerzyłam moją dietę tak do 80% raw. I czuję się świetnie, mam czasem ochotę zjeść coś gotowanego i sobie nie żałuję, najczęściej z kimś na mieście. Sama już chyba zapomniałam jak się gotuje bo spaliłam dzisiaj nie tylko quinoę ale też cukinię (gorszy dzień = powrót do gotowanego) :P Włączyłam więc blender i zmiksowałam sobie przepyszny deser z gorzkiej czekolady, banana i awokado <3 Na sto pro nie zamierzam chwilowo przechodzić, dobrze czuję się w tym momencie, zagryzając kanapeczki z chlebem z cukinii i pastą ze słonecznika, popijając sobie smoothie z pietruszką czy wcinając arbuza kilogramami. Na szczęście mam ten komfort, że chwilowo nigdzie nie wyjeżdżam i jestem na swoim, nie jestem z nikim, nie muszę z nikim walczyć o moją dietę. I mam nadzieję, że już nigdy nie będę musiała!
Niesamowite, jak bardzo podczas mojej wegetariańskiej podróży inne osoby i uczucia miały wpływ na moje wybory żywnościowe (nie mówiąc już o życiowych). Chciałabym wejść w taki stopień asertywności, żeby cieszyć się tym co jem nie zważając na to, co myślą inni. I coś czuję, że tym razem się uda :)
Wiem jedno, do wegetarianizmu nie wrócę. O jedzeniu mięsa nie wspominam, bo zapomniałam że to mogłoby być moje pożywienie - nigdy przez te prawie 10 lat nie myślałam o kiełbasce.
Życzę wszystkim wytrwałości w swoich postanowieniach żywnościowych! I dużo empatii jeżeli ktoś je produkty odzwierzęce, tyle, żeby udało mu się je odstawić i stać się weganinem do końca życia. Na koniec - obiecany wcześniej wykład, gorąco polecam obejrzeć i zastanowić się nad tym, co ten pan ma do powiedzenia.
A na pytanie co widzę w raw poza tym, że dobrze się czuję jak tak jem, odpowiem kiedy indziej ;)
Banan
jest kłączem uprawianym głównie w Ekwadorze, Kostaryce,
Filipinach i Kolumbii i to właśnie te kraje są głównym
importerem. Istnieje wiele gatunków bananów, najpopularniejszy w
naszych szejkach jest z pewnością banan zwyczajny, który wg
Wikipedii nosi też inne piękne nazwy: banan rajski, pizang,
figa rajska, figa błogosławiona, muza.
Ten żółty
owoc jest nieocenionym źródłem węglowodanów (w tym skrobii,
glukozy i fruktozy), błonnika pokarmowego, witamin z grupy B oraz
wit. C. Dzięki dużej zawartości potasu i magnezu są dobrą
przekąską antystresową :) Okazują się również niezbędne
podczas gorszego nastroju, zawierają bowiem serotoninę i dopaminę,
które poprawiają nam humor.
A jakie są
korzyści z jedzenia bananów?
obniżają
ciśnienie tętnicze – dzięki wysokiej zawartości potasu pomagają
w regulacji ciśnienia tętniczego co zapobiega chorobom serca
duża
zawartość potasu w bananach pomaga w utrzymaniu odpowiedniej
równowagi sodowo-potasowej, co wpływa również na gospodarkę
wapniową. Dlatego też jedząc banany mamy mocne kości, dobre
krzepnięcie krwi, brak problemów z napięciem mięśniowym i
działaniem układu nerwowego.
regulują
trawienie
są
zbawienne dla naszego żołądka – stymulują wydzielanie śluzu i
zabijają bakterie odpowiedzialne za wrzody
chronią
przed rakiem – badania dowiodły, że częsta konsumpcja bananów
zmniejsza prawdopodobieństwo wystąpienia raka nerek (u kobiet aż o
50% przy spożywaniu od 4 do 6 bananów w tygodniu)
Banany należy kupować lekko zielone a następnie przechowywać je poza lodówką aby zdążyły dojrzeć (oczywiście, dla mnie ten sposób jest bez sensu, ale jem od trzech do pięciu bananów dziennie i po prostu muszę kupować codziennie nową kiść!). Dojrzałe banany można trzymać w lodówce, zamrażać, grillować, piec, smażyć, gotować i oczywiście jeść na surowo lub wrzucać do smoothie! źródła: wikipedia, lifescript.com, healthdiaries.com, ofeminin.pl, trener.pl
Z okazji Światowego Dnia Witarian obżeram się od rana szejkami i
winogronami, a w planach mam wizytę we Frankie's na świeży sok i
pogaduchy z koleżanką. Wybrałabym Machinę gdybym tylko miała pewność, że coś zostanie do jedzenia poza deserami ;)
Strasznie dzisiaj pochmurno i jakoś tak... smutno? Nie wiem czy to wina pogody czy wczorajszej mini kłótni w której uczestniczyłam, ale obudziłam się dzisiaj w niezbyt dobrym humorze. I najchętniej leżałabym w łóżku, zajadała surowiznę, popijała wodą i nie robiła dosłownie nic poza czytaniem blogów i for. Ach internet! Tak też wyglądał mój poranek... Miałam więc chwilę, żeby poczytać bloga Ewci W poszukiwaniu optymalnego zdrowia i zastanowić się nad tym, o czym mówiła podczas warsztatów. Myślałam więc o karteczkach wdzięczności, sokach, Strachu i Miłości, o tym jak wygląda a jak chciałabym, żeby wyglądało moje życie. I nawiązując do tych postów doszłam do wniosku, że mam problem z wyrozumiałością i podejściem do ludzi. Za szybko i za bardzo się do nich przywiązuję.
To śmieszne, że ktoś jest w moim życiu dosłownie chwilkę, a ja zapominam jak można bez tej osoby żyć. Nienawidzę, kiedy tracę znajomości i przyjaciół, a przecież często zdarza się, że dwie osoby oddalają się od siebie. Zawsze muszę taką stratę odchorować, czasem dłużej, czasem krócej. A czasem po prostu wiem, że dana znajomość mi nie służy i wysysa ze mnie całą pozytywną energię ale Strach powstrzymuje mnie przed zerwaniem jej. Do tego bojąc się odrzucenia, raczej nie pozwalam się innym zbliżyć do siebie, natomiast ja przywiązuję się w tym czasie bardzo mocno. A potem po prostu następuje koniec i ciężko mi zrozumieć co i jak to się stało. Tylko dlaczego mam na siłę utrzymywać kontakty z tymi, z którymi nie chcę lub którzy nie chcą? Muszę nabyć w jakimś sklepie tony wyrozumiałości dla siebie i innych :)
A ponieważ dzisiaj właśnie odchorowuję "znajomości", to proponuję słodziutki (bo sok malinowy):
Polecam fejsbukowy fanpejdż Oasis Advanced Wellness oraz Rawforbeauty. Pozwoliłam sobie zamieścić grafiki pochodzące od nich z serii Health benefits of... ponieważ uważam że to wspaniały pomysł umieszczać wiadomości o warzywach i owocach w postaci ikonografik. Enjoy!
Jestem w trakcie lektury Oczyszczania
ciała dla kobiet Natalii Rose.
Jej założenia dietetyczne są bardzo kontrowersyjne, ale pisze o
tym z takim przekonaniem, że aż mam ochotę zacząć jej program. I
tak chyba zrobię.
Zdaję sobie
sprawę, że blog miał być o koktajlach, zaczyna jednak ewoluować
w blog wegańsko-witariański, bo także ja się zmieniam. Piję
green smoothie od prawie roku, miałam lepsze i gorsze doświadczenia
a także dni. Zdarzyło mi się wrócić do wegetarianizmu na moment,
obżerać się wysoko przetworzoną papką i wszystko po to, żeby na
końcu stwierdzić, że nie odpowiada mi sam weganizm. Nie czuję się
dobrze na takiej diecie, o wiele lepiej czuję się w momentach gdy
zapominam o wszelkich zakazach i nakazach dietetycznych i jem tak,
jak mi mówi organizm. Czyli w większości na surowo. Nie wiem
dlaczego, nie smakuje mi już gotowane pożywienie, nie smakuje mi
chleb na zakwasie a także herbata (!). Powoli przestaje mi też
smakować kawa... Mój organizm nagle zmienia się a ja staram się
za nim nadążyć, stąd te poszukiwania :)
Mam więc zamiar
przejść program oczyszczający zaproponowany przez Natalię,
później jednak przejść na zwykły witarianizm pełen świeżych
owoców, liści i nasion. I tu rodzi się pytanie, jak wygląda dieta
zaproponowana przez amerykańską dietetyczkę?
Oczywiście
całkowicie zabronione są:
papierosy (i
tak nie palę)
mocne alkohole
(mam plan, żeby do końca roku przestać pić!)
biały cukier
(tego to nie chcę w swojej diecie w ogóle!)
kawa (moje
uzależnienie...)
Program rozpoczyna
się zagłodzeniem drożdżaków bytujących w naszych organizmach,
etap ten dopuszcza jedzenie:
ZBOŻA
- proso (kasza
jaglana) → b.zasadowa
- quinoa
- gryka
WYSOKOSKROBIOWE
WARZYWA
- pochrzyny
- rośliny
dyniowate
- słodkie
ziemniaki
SŁODZIK
- stewia
OWOCE
- jagodowe
(jagody, maliny, truskawki)
- jabłka odmiany
Granny Smith
- grejpfruty
SUROWE I
GOTOWANE WARZYWA
AWOKADO
MŁODE KOKOSY
po zakończeniu
głodzenia chujków, surowe i suszone owoce
Kolejną zasadą
jest unikanie jedzenia ciężkostrawnego, spożywanie natomiast tego,
co trawione jest szybko i z łatwością.
CIĘŻKOSTRAWNE :(
soja
przetworzone
pożywienie
biała mąka
orzechy/nasiona
fasola
większość zbóż
LEKKOSTRAWNE <3
soki warzywne
surowe warzywa
gotowane warzywa
gotowane warzywa
skrobiowe
kasza jaglana,
gryczana i quinoa
Natalia obala
również wszystkie pozostałe dogmaty dietetyczne proponując
rezygnację ze śniadania i spożywanie jedynie 2 posiłków w ciągu
dnia (plus surowe warzywa na ewentualną przekąskę). Resztę
Energii mają nam zapewnić zielone soki z sałaty rzymskiej,
szpinaku, kapusty. Ale tu także istnieje zasada, jasnozielone
rośliny powinny być zawsze łączone z ciemnozielonymi aby sok nie
był zbyt ciemny (ani zbyt jasny). Tak więc powinno się łączyć
jasne rośliny: sałata rzymska, seler naciowy, ogórek z tymi
ciemnymi: liśćmi jarmużu, szpinaku, pietruszki, kapusty itd. Opcją
tańszą ma być natomiast sok z marchwi i sałaty rzymskiej w
proporcji pół na pół.
Wprowadza to pewne
zamieszanie w mojej głowie a także w moim sposobie żywienia. Bo
jak to bez owoców? Przyznam, że kiedyś za nimi nie przepadałam,
ale teraz nie wyobrażam sobie życia bez nich. Mam jednak nadzieję,
że miesiąc na tej diecie wystarczy, żebym mogła wrócić do
„normalnego” trybu żywienia. Na szczęście Natalia zamieściła
w swojej książce również cały plan na 30 dni <3 Więc nie
powinno być tak ciężko... Przed rozpoczęciem oczyszczania muszę
jeszcze kupić wyciskarkę do soków, której do tej pory jeszcze nie
udało mi się nabyć :( Wiem już, czym się różnią poszczególne
modele i jaki powinnam wybrać, ale boję się, że wybiorę źle. Ma
ktoś może jakieś doświadczenia i może polecić mi odpowiedni
maszynę?
W domu rodzinnym mam ogródek dwa na dwa metry, ale zawsze to kawałek trawnika :) Poza tym moi rodzice sadzą tam jakieś kwiaty, krzaki, drzewa i inne esy floresy. Nie znam się na roślinach zupełnie, nie zauważam ich istnienia bardziej niż "o jest ładnie". Ale muszę przyznać, że szejk nie smakuje nigdzie tak dobrze jak na trawie. I gdy można sobie usiąść w słońcu, patrzeć na jakiś kwiatek i głaskać psa, popijając pyszną, zieloną breję... Czy znacie lepszy sposób na rozpoczęcie dnia?
składniki
mrożone truskawki
mrożony banan
maliny
sałata
kilka listków bazylii
Miksujemy. Jeśli mamy słaby blender, dobrze jest dolać wrzątku, który trochę roztopi mrożone owocki. Wcinamy na słońcu bawiąc się z psem i uważając na koce :)
Popełniłam dzisiaj koktajl z przepisów Victorii Boutenko (nazwę i przepis skopiowałam!). Nie umiem powiedzieć czy jest smaczny, czy wręcz przeciwnie. Zaskakujący.
MELONOWY SMOOTHIE LETNI składniki:
pół melona
jedno średnie jabłko
trzy łyżeczki płatków owsianych
odrobinę soku z cytryny
kiść szczawiu
Miksujemy :) Płatki owsiane najadają trochę bardziej niż same owoce, szejk jest zieloniutki więc bez zdjęcia dzisiaj. Pyszny, lekko kwaskowaty smak, w sam raz na poranek!
Po kilku miesiącach praktycznie zerowego dostępu do komputera i internetu (oprócz facebooka, niech żyje play!), wracam. Komputer nadal krzyczy o wymianę dysku twardego, ale pozbywając się z niego wszystkich ważnych danych i zainstalowaniu najprostszego systemu z możliwych jakoś daje radę.
Tegoroczne wakacje chociaż jeszcze się nie skończyły mogę zaliczyć do najbardziej udanych. I mimo, że teraz czeka na mnie nauka i miesiąc ciężkiej harówki, w ogóle mi to nie przeszkadza. Odwiedziłam Włochy, gdzie poznałam świetnych ludzi i odpoczęłam, nabrałam też przekonania do obranej przeze mnie wcześniej drogi weganizmu. Chociaż przyznaję się, że przez te 10 dni zajadałam się lodami i pizzą, po prostu nie byłam jeszcze gotowa na weganizm w podróży. Nie mam do siebie o to żalu ani pretensji. Byłam na miesięcznych praktykach w najpiękniejszym polskim mieście, ćwiczyłam jogę i spożywałam napoje wyskokowe ;) Wszystko układa się świetnie, mimo kilku gorszych dni których dzisiaj żałuję. A teraz postanowiłam zrobić porządek ze swoim otoczeniem i życiem, pozbyć się niepotrzebnego bagażu przedmiotów, uczuć i wspomnień. Na szczęście mogę to zrobić dzięki wspaniałym ludziom, którzy są blisko mnie!
Niestety, przez wakacje mój super zdrowy ( ;) ) tryb życia podupadł i czuję się teraz jak śmietnik. Znowu dokucza mi zgaga, przytyłam, straciłam smaki i jestem cały czas zmęczona... Dlatego też postanawiam rozpocząć Akcję Witaminizację i przez najbliższy miesiąc poić się najróżniejszymi green smoothie, jeść surowo, ćwiczyć i cieszyć się życiem (w przerwach od biochemii). I wiem, że dam radę wprowadzić te zmiany na dłużej :) Wypróbuję "drinki" od Victorii Boutenko!
Co więcej, mam zaplanowane kilka niesamowicie ważnych spotkań, które mam nadzieję pomogą mi ukształtować moje spojrzenie na siebie i świat. Czuję że się zmieniam, czuję że na lepsze. I tak być powinno :)